W tak niepewną pogodę wielu porzuca wielkie plany na wyprawy, przedkładając nad nie wygody swego domostwa i ciepło kominka. Lecz nie my! O nie… My znów, gnani niepojętym dla innych obłędem, ruszyliśmy bladym świtem w mroźne bory Leśnictwa Potok. Tym razem byliśmy jednak bardziej zdeterminowani niż zwykle… No, i lepiej przygotowani. Rozbiliśmy obóz na niewielkim wzniesieniu, wśród sosen pnących się niczym niebosiężne kolumny. Pierwszym wyzwaniem, które nas czekało było rozpalenie ognia, co wbrew pozorom nie jest takie łatwe, mając do dyspozycji zbutwiałą gałąź, dwa patyki, rzemień, krzemień i krzesiwo, które za punkt honoru wzięło sobie nie wykrzesanie żadnej iskry… O dziwo, po kilku godzinach pocierania o siebie dwóch kawałków drewna, poczuliśmy swąd spalenizny! Przez resztę dnia naszą główną rozrywką było zbieranie drewna na opał.

Po skończonej pracy Jarogniew przyrządził nam podpłomyki… A przynajmniej tak nazwał tę odrażającą abominację, która wywróciła jego trzewia na lewą stronę, gdy próbował nam udowodnić, że jest jadalna. Noc była mroźna i ciemna, a mrok ów z każdą chwilą coraz mocniej spowijał nasze umysły… Jednak ku mojemu zdziwieniu dotrwaliśmy do brzasku. Co prawda skupieni wokół wątłego płomienia ogniska niczym żule… No, ale jednak żywi! Gdy słońce wznosiło się ku wierzchołkom drzew my byliśmy już w drodze do domu. A ja? Ja czekam na nasze kolejne wspólne wyprawy.