Za nic mając ustalony porządek wszechświata, całą zgrają postanowiliśmy urządzić sobie „majówkę” w kwietniu. A w zasadzie nie całą, bo było nas tylko czterech… Trzech doświadczonych zbirów i jeden szkodnik – Hjalmar. Za cel naszej wyprawy obraliśmy Magurski Park Narodowy. Wyruszyliśmy bladym świtem, by jak najwcześniej dotrzeć w malownicze tereny okalające Krempną.

Po przybyciu na miejsce, mimo upału, od razu ruszyliśmy na szlak! W głębi lasu natrafiliśmy na zwalone drzewa i ślady kopyt będące niechybnie śladami bytności minotarła, a nie, jak głoszą kłamliwi demagodzy, koni. Długo tropiliśmy bestię… Tak długo, że aż nam się odechciało. Nie mając nic lepszego do roboty obraliśmy kurs na Kolanin. Droga nie była łatwa. Co prawda nie była też ciężka… Można powiedzieć, że była średnia. Czy to dobrze? To bardzo dobrze… Bo inaczej Hjalmara musielibyśmy nieść…

Cóż, uroki pierwszej wyprawy. Tak czy inaczej po wielu znojach udało nam się wrócić, by przy ognisku odzyskać nadwątlone siły. Jednak nie wszystkim dane było zmrużyć oczy…

Rankiem obudził nas (jakżeby inaczej) deszcz. Gdy po kilku godzinach przestało lać, w las wyruszyło nas już tylko trzech. Jednak nawet braki kadrowe nie pokrzyżowały nam szyków! Nim tarcza słońca stanęła w zenicie zdobyliśmy Wysokie. Niestety, po zejściu ze szczytu, każdy kolejny krok przybliżał nas do powrotu… Ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Dalej żyjemy! Ja zaś czekam na nasze kolejne, wspólne wyprawy.