Długość nie zawsze ma znaczenie

Początek lat 60. upływał w Hollywood pod znakiem kolejnych epickich produkcji historycznych. Od kilkunastu lat silnie eksploatowano tematykę antyczną i średniowieczną, nie wspominając o niewiarygodnie popularnych westernach. W 1958 ujrzał światło dzienne kolejny western, dla niepoznaki osadzony w świecie wikingów. Wikingowie Kirka Douglasa, jak wspominał sam aktor/producent byli westernem w średniowiecznej scenerii. Ich wyjątkowy sukces komercyjny zwrócił uwagę największych wytwórni filmowych na niezagospodarowany temat.

 

Bengtsson, Czerwony Orm i Widmark

Columbii udało się zaangażować zatrudnionego wcześniej przy Wikingach Jacka Cardiffa. Ten ostatni, chcąc nie chcąc wziął się za kolejną produkcję luźno opartą na opowieściach szwedzkiego pisarza Bengtssona. Szwed fascynował się dziejami swoich przodków, czego wyrazem była cała seria opowieści o wikingu Czerwonym Ormie. Bohater ów był awanturnikiem podróżującym po Europie schyłku X-wieku, od Bizancjum do Hiszpanii, a stamtąd przez Anglię do rodzinnej Skandynawii. W międzyczasie walczył pod Maldon, łupił Kordobę i Sewillę, studiował chrześcijańskie rękopisy na półwyspie Athos oraz naprzykrzał się Maurom. Na końcu osiadł w Skandynawii i idąc z duchem czasu został dobrym chrześcijaninem.

 

Multikulturalna lista płac

Naturalnie scenariusz został bardzo luźno oparty na skądinąd szanowanych książkach Bengtssona. Postać Orma niemal kompletnie zniknęła, zastąpił ją natomiast Rolfe, stworzony na potrzeby gwiazdy produkcji – Richarda Widmarka. Obok niego w produkcji znalazło się wiele nazwisk, z których znaczącym był jedynie Sidney Poitier. Wystąpił w roli orientalnego kalifa, którego rolę zmienił w kreację na miarę szekspirowskiego Otella. Pozostałe role obsadzili aktorzy zebrani z czterech stron świata, co już na starcie świadczyło o niewygórowanych ambicjach twórców w materii realizmu. Na ekranie słyszymy dziesiątki akcentów, nawet wśród członków jednej rodziny czy szczepu. Mauryjski kalif jest hebanowo czarny, jego ludzie zaś są wielobarwną zbieraniną. Idealnie odzwierciedla ona stereotypowe wyobrażenia o świecie Orientu panujące w Hollywood w latach 60.

 

Lazurowe fiordy Jugosławii

Większą część filmu nakręcono w Jugosławii, która całkiem sprawnie naśladowała norweskie fjordy. Duża część statystów również wywodziła się z Bałkanów, co nadało produkcji skrajną multietniczność. Scenarzyści przerzucają nas pomiędzy jugosłowiańską Skandynawią, Bizancjum i bałkańskim Marokiem. Wikingowie walczą dzielnie z orientalnym despotą, ale gdy trzeba łączą z nim siły w poszukiwaniu legendarnego, bizantyjskiego skarbu – złotego dzwonu o spektakularnych wymiarach. Naturalnie jego odnalezienie będzie jedynie początkiem problemów.

 

Historia a rewolucja seksualna

O jakiejkolwiek autentyczności historycznej możemy zapomnieć. O ile Wikingowie z 1958 chociaż starali się stworzyć pozory realizmu, o tyle Długie Łodzie są już jedynie lekkim filmem przygodowym. Kostiumy nie mają nic wspólnego z X stuleciem, są po prostu kolejnym zestawem szablonowych skór dla każdego barbarzyńcy i obowiązkowego, skórzanego bezrękawnika dla głównego bohatera. Co jest o tyle zabawne, że Richard Widmark nie ma spektakularnych bicepsów.

Film powstał w pierwszej połowie lat 60., tuż przed rewolucją obyczajową, więc jest bardzo stonowany i łagodny. Nie uświadczymy na nim krwi, przemoc jest jedynie sygnalizowana, a seksualność lub pożądanie pokazane w sposób komediowy. Zwłaszcza w sytuacjach homoerotycznych, chociaż relacje kobiet i mężczyzn również przedstawiono z przymrużeniem oka, w sam raz pod oczekiwania grupy docelowej. W wypadku Długich Łodzi odbiorcą byli głównie chłopcy i młodzi nastolatkowie. W latach 60. filmy tworzono jeszcze zgodnie z zasadami PCA (Production Code Administration). Wymagały one od twórców hamowania przemocy, niepokazywania krwi, seksu, obscenicznego języka, a nawet pocałunków, o ile nie były koniecznie wymagane przez scenariusz. Stąd filmy z tamtego okresu można określić mianem cukierkowych 🙂

 

Łodzie, które przeciekają

Długie Łodzie są sprawnie nakręconym, lekkim i przyjemnym filmem z zamierzchłej epoki. Widziałem je dwukrotnie, najpierw w szkole podstawowej, następnie kilka lat później. O ile pierwszy seans zrobił pozytywne wrażenie (jak na każdym dziesięciolatku), o tyle drugi już nie. Film można reklamować chyba jedynie miłośnikom starych produkcji, którzy chcą obudzić w sobie sentyment do obrazu, który widzieli w dzieciństwie. Długim Łodziom brakuje nie tylko realizmu historycznego, ale choćby tej odrobiny poważnego podejścia do tematu, które mieli choćby Wikingowie, na których film się po części inspiruje. Z tego powodu, nie sposób podejść do nich poważnie. Film jest jedną z tych produkcji, o których mówiNawet Sydney Poitier zapytany o wrażenia jakiś czas po premierze powiedział: „nazwać to katastrofą to komplement”.

Tytuł: Długie łodzie wikingów (1963)

Reżyser: Jack Cardiff

Występują: Richard Widmark, Sidney Poitier

  • Realizm 10%
  • Fabuła 40%
  • Aktorzy 40%
  • Subiektywne ukontentowanie Pana Recenzenta 🙂 35%

Choć łodzie te nie miały nigdy ambicji oceanicznych, to nie ufalbym im nawet na krótszych dystansach. Można popływać na Wisłoku, z braku innych zajęć…

Ivarr – Współzałożyciel ZBiRa i członek niesławnej Rady Banitów.

Kiedyś czarownica zamieniła go w traszkę, ale już czuje się lepiej. Na co dzień robi internety, to on śledzi Twoje ruchy w sieci. Serce i duszę oddał antykowi, ale dla wikingów też znajdzie chwilę.