Islandzki wiking rybami pachnący…

Na szczęście prawo do kręcenia filmów historycznych nie spoczywa jedynie w rękach producentów z Fabryki Snów. Próby przeniesienia na ekran historii naszych zamierzchłych przodków podejmowano również w mniej spodziewanych lokalizacjach. Bardzo często wychodziło to powstałym w ten sposób filmom na dobre. Tak jest również w przypadku trylogii wikińskiej nakręconej w całości na Islandii przez Hrafna Gunnlaugssona. W latach 1984-91 przeniósł on na ekran trzy historie, z których wszystkie spotkały się z przynajmniej pozytywnym przyjęciem.

 

Islandzki Kurosawa

Pierwsza część trylogii When the Raven Flies (oryg. Hrafninn flýgur) opowiada w wielkim skrócie o zemście. Film jest mocno inspirowany japońską Strażą Przyboczną Akiry Kurosawy (Yojimbo), której niestety nie dorównuje. Nie jest to jednak aż takim problemem, jeżeli wziąć pod uwagę, że film Kurosawy jest arcydziełem, które mnie po seansie zostawiło ze szczęką na podłodze. Ciągle wypada jednak lepiej niż amerykańska wersja z Clintem Eastwoodem (Za garść dolarów).

 

Tło fabularne

Film otwiera scena, w której grupa norweskich wikingów podczas rajdu na irlandzkim wybrzeżu napada na chrześcijańską rodzinę. Rodzice giną, córka dostaje się do niewoli a małoletniemu chłopcu udaje się zachować życie tylko dzięki litości jednego z oprawców.

Mija dwadzieścia lat, akcja przenosi nas z zielonej Irlandii na surowe, wulkaniczne wybrzeże Islandii. Wśród pasażerów statku, który właśnie przybił do brzegu znajdują się kupcy, świeżo zdobyci niewolnicy i tajemniczy, młody przybysz. Wkrótce okaże się, że jest ocalałym chłopcem, szukającym morderców rodziny po dwudziestu latach. Sprawcy jego tragedii ukrywają się na Islandii przed gniewem króla Haralda Pięknowłosego. Harald jak wiemy zapoczątkował masowy exodus norweskich władyków, którzy nie mogąc pogodzić się z jego despotycznymi zapędami wyemigrowali na Islandię i Wyspy Brytyjskie. Antagoniści głównego bohatera z utęsknieniem czekają na wieści o śmierci znienawidzonego króla i możliwość powrotu do rodzinnej Norwegii.

 

Tło historyczne

Dzięki informacji o Haraldzie Pięknowłosym możemy osadzić film gdzieś na przełomie IX/X wieku. Panuje całkiem uzasadniona opinia, że filmy Gunnlaugssona najwierniej oddają epokę wikingów. Problem z pierwszą częścią trylogii leży w tym, że mamy niezmiernie mało wczesnośredniowiecznych zabytków z Islandii. Archeolodzy póki co odnaleźli pozostałości jedynie około dwudziestu farm pochodzących sprzed 1000 roku.

Zwyczaje, ubiory czy uzbrojenie z tamtych rejonów teoretycznie nie powinno dramatycznie odbiegać od tych znanych z innych znalezisk. Jest tak jednak tylko w teorii. Islandia zawsze była odosobnionym miejscem, rządzącym się swoimi prawami. Chociażby brak żelaza wymuszał na mieszkańcach produkcję broni i narzędzi z powszechnie dostępnego szkliwa wulkanicznego (obsydianu). Procederu tego nie praktykowano nigdzie indziej w regionie.

Obraz został nakręcony na niewielkim budżecie z obsadą złożoną z miejscowych aktorów. Wszyscy posługują się językiem islandzkim, który wywodzi się ze staronordyckiego. Aktorzy poruszają się na małych konikach, podobnych do tych używanych w epoce. Niemal wszyscy aktorzy są brudni, ubrania znoszone, a w powietrzu można wręcz wyczuć zapach ryb złowionych w przerwie między grabieniem słabszych. Bogowie wikingów występują pod postacią znaną z wykopalisk – jako prymitywne, drewniane bałwany. W tle wyraźnie zarysowano konflikt między religią dawnych bogów i chrześcijaństwem.

 

Demitologizacja wikingów

Reżyser za cel postawił sobie demitologizację wizerunku wikingów, przedstawianych dotychczas jako nieustraszonych, honorowych awanturników bądź żądnych krwi szaleńców. W filmie Gunnlaugssona wikingowie to zwyczajni rybacy, kupcy, rzemieślnicy, którzy najpewniej czują się napadając na słabszych, ale nie zawsze potrafią się odnaleźć w starciu z wrogiem przewyższającym ich sprytem.

Słabą stroną filmu jest kiepskie rozwiązanie scen walki. Główny bohater niczym ninja z łatwością zabija licznych przeciwników przeszywając ich perfekcyjnie miotanymi nożami bądź innymi elementami. Traktuję to jako minus, reżyser prawdopodobnie nie potrafił rozwiązać problemu przeważających liczebnie przeciwników głównego bohatera, więc poszedł na łatwiznę.

 

Będzie coś z tego?

Film jest bardzo sprawną i wciągającą opowieścią o poszukiwaniu zemsty w epoce wikingów. Zakończenie,  którego nie zdradzę dodatkowo podkreśla bezsensowność zemsty w obliczu jej niekończącej się cykliczności. Wczesnośredniowieczna Islandia według Gunnlaugssona była przygnębiającym miejscem rządzącym się swoimi prawami.

Tytuł: When the Raven flies (1984)

Reżyser: Hrafn Gunnlaugsson

Występują: Jakob Þór Einarsson, Helgi Skúlason, Flosi Ólafsson

  • Realizm 40% 40%
  • Fabuła 70% 70%
  • Aktorzy 60% 60%
  • Subiektywne ukontentowanie Pana Recenzenta 🙂 70% 70%

Nietypowy, mocny i trzymający w napięciu obraz osadzony w realiach wczesnośredniowiecznej Islandii. Fabuła i naturalizm bijący z ekranu rekompensują niski budżet i woń ryb unoszących się podczas seansu. Sprawna przeróbka arcydzieła Kurosawy nakręcona w konwencji westernu. Dorszowego westernu.

Ivarr – Współzałożyciel ZBiRa i członek niesławnej Rady Banitów.

Kiedyś czarownica zamieniła go w traszkę, ale już czuje się lepiej. Na co dzień robi internety, to on śledzi Twoje ruchy w sieci. Serce i duszę oddał antykowi, ale dla wikingów też znajdzie chwilę.